Anna Adamczyk – W błogosławionej szkole życia

W 1959 r. miałam przywilej mieszkać u Braterstwa Prowerów. Nie było to łatwe ani dla nich, ani dla mnie, jako że miałam niespełna 16 lat. Dla mnie, młodej osoby, był to okres kształtowania się charakteru i bacznej obserwacji dorosłych. Moi rodzice w tym czasie od zaledwie 3 lat byli wierzący, a ja jeszcze nie byłam całkowicie oddana Panu. Pan Jezus jednak widział, że moje serce już wtedy pragnęło być Jego własnością i dlatego dał mi możliwość zamieszkania u Anny i Józefa Prowerów, gdzie byłam traktowana jak członek rodziny i mogłam się uczyć. Codziennie mieliśmy czas na wspólne czytanie Słowa Bożego, śpiewanie pieśni przy akompaniamencie skrzypiec i modlitwę. Wstawaliśmy z Wujkiem o 4.30 i do 6.00 roznosiliśmy mleko. Każdego dnia, łącznie z niedzielą, od wczesnej godziny aż do godzin wieczornych wujek Prower miał zaplanowaną każdą chwilę. Tłumaczył z angielskiego „Wędrówkę Pielgrzyma” i inne książki. Robił korektę „Śpiewnika Pielgrzyma”. Odwiedzaliśmy starsze osoby, które potrzebowały pomocy, rąbał im drzewo na opał, a ja nosiłam je do domu i zapalałam w piecu.

Wujek Prower udzielał lekcji angielskiego, uczył gry na skrzypcach, prowadził próby chóru w zborach w Bielsku i Żywcu, usługiwał Słowem Bożym, grą na skrzypcach, prowadził chóry i uczył śpiewu. Był również prawdziwie miłującym bratem w Chrystusie i przyjacielem dla wielu. Kochał i rozumiał młodzież i dzieci. Pomagał chorym, nawet z zagranicy sprowadzał dla niektórych leki. Sam niewiele miał, ale tym, co miał, dzielił się z innymi, nawet jedzeniem. Jego rodzinę odwiedzało wiele osób i każdemu poświęcał chociaż chwilkę, by porozmawiać, doradzić, jeżeli miał możliwość – pomóc.

Pomagał swoim braciom Izraelitom, chociaż w tym czasie nie było to takie proste. Często mi powtarzał: „Pamiętaj dziecino, że z każdej chwili naszego życia zdamy przed naszym Panem rachunek!”. Był prawdziwym dzieckiem Bożym, człowiekiem czynu, nie tylko słowa. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, przepełniony miłością i pokojem Bożym, gotowy służyć innym całym sobą. Jeździł po zborach z braćmi z zagranicy i tłumaczył ich kazania, często goszcząc ich u siebie w mieszkaniu i zapewniając im nocleg. To było nie do pojęcia, jak człowiek tak poważnie chory na serce był w stanie wykonać tyle prac i być tak skutecznym w służbie dla Pana. Był bardzo pokornym sługą Bożym. Była to dla mnie „błogosławiona szkoła życia”, w której przez 3 lata nauczyłam się praktycznego życia.

 

Anna Adamczyk

Zbór Kościoła Wolnych Chrześcijan w Żywcu